W Hiszpanii zwykło się mówić: "nowa miotła, pewne zwycięstwo". Tyle, że akurat mam wrażenie, że w przypadku Sportingu Gijon zamiast efektu nowej miotły, po odejściu Manuela Preciado mamy do czynienia z defektem nowej miotły. O dezorganizacji w szeregach Asturyjczyków niech świadczy fakt, że przed poprzednią kolejką zarząd obdarzył zaufaniem Inakiego Tejadę, który wraz z asystentem Abelardo zamierzał wybronić Sporting przed spadkiem, a tuż po porażce 0-4 z Valencią na Mestalla, która z całym szacunkiem dla Sportingu, ale powinna być wkalkulowana, podziękowano pierwszemu z wymienionych panów, a na stanowisku trenera zatrudniono Javiera Clemente. Coach to bardzo doświadczony, coach to o bardzo znanym nazwisko, wydawać by się mogło, że człowiek idealnie nadający się do drużyny potrzebującej nowych bodźców i autorytetów, ale...no właśnie w przypadku Clemente czasem mam wrażenie, że jego nazwisko jest większe od rzeczywistego warsztatu i umiejętności. O ile w latach 80' wraz z Athletic Bilbao i Espanyolem święcił prawdziwe triumfy (2 mistrzostwa Hiszpanii, finał Pucharu UEFA), o tyle później było już tylko gorzej: klęski reprezentacji Hiszpanii na Mistrzostwach Europy i Mistrzostwach Świata, spadki do Segunda Division z Teneryfą, Valladolidem i Murcią, nieudane eliminacje do Euro 2008 z Serbią, czy wreszcie zakończone fiaskiem kwalifikacje do Pucharu Narodów Afryki z Kamerunem. Reasumując: na miejscu sympatyków Sportingu wielkich cudów bym się nie spodziewał. W niedzielnym meczu przeciwko Atletico po stronie gospodarzy zabraknie kontuzjowanych Ivana Hernandeza (MID, 14/0) i Lory (DEF, 14/0). Asturyjczykom nie pomoże już również napastnik Nacho Novo (3 gole w tym sezonie), który w minionym tygodniu odszedł do Legii Warszawa.
Od momentu zatrudnienia w Madrycie na stanowisku trenera Atletico byłego piłkarza, legendy zespołu, Argentyńczyka Diego Simeone, ekipa Rojisblancos przeżywa prawdziwy renesans. Los Colchoneros z chaotycznej i chimerycznej drużyny, popełniającej mnóstwo błędów w obronie, niemal z miejsca stali się zespołem dojrzałym, wyrachowanym, znacznie pewniejszym i przede wszystkim - znakomicie broniącym. Powiem szczerze, że nie mam pojęcia w czym tkwi fenomen El Cholo. W Atletico zawsze pełno było świetnych piłkarzy, ale nie tacy fachowcy jak Simeone nie potrafili do nich trafić, tymczasem mało doświadczonemu jako trener Argentyńczykowi udało się w tak krótkim czasie dokonać tak wiele. Rojisblancos w lidze nie przegrali od 6 spotkań. Co więcej od 6 spotkań nie stracili nawet gola! Seria z czystym kontem Courtoisa została co prawda przerwana w środku tygodnia w Rzymie, gdzie Atletico rozgrywało swoje spotkanie w Lidze Europejskiej z Lazio, ale nie przeszkodziło to Hiszpanom w odniesieniu przekonywującego zwycięstwa (3-1), co tylko potwierdza znakomitą formę niedzielnych gości. Mecz na Stadio Olimpico z pewnością kosztował ekipę z Madrytu sporo sił, ale z drugiej strony świetne wyniki budują świetną atmosferę w szatni, a ta pozwala zapomnieć o fizycznych trudach sezonu, tak więc jeśli w Gijon liczą na kondycyjną niedyspozycję w Atletico w niedzielę, to mogą się srogo zawieść. Goście na El Molinon zagrają osłabieni brakiem Tiago (MID, 15/0), który zmaga się z kontuzją uda. Do składu powinien natomiast wrócić Antonio Lopez, a także pauzujący ostatnio za kartki podstawowy stoper Miranda.
Sporting Gijon potrzebuje punktów jak tlenu, a na El Molinon zawsze może liczyć na gorące wsparcie swoich fanów. Nowy trener, nowe nadzieje, na pewno wielkie zaangażowanie piłkarzy...ale czy to wystarczy na pokonanie rozpędzonego Atletico? Nie sądzę. Możliwości personalne i forma zdecydowanie po stronie gości, którzy na jesieni zmiażdżyli Sporting u siebie w stosunku 4-0. Osobiście jednak poszukam w tym meczu typu na małą ilość goli. Zdaje sobie sprawę, że passa Courtoisa w lidze nie będzie trwać wiecznie, ale z drugiej strony Sporting strzela w ostatnim czasie bardzo mało goli i Belg może nie mieć zbyt wiele pracy, szczególnie przy świetnej formie swoich defensorów. Atletico, jak to pod wodzą Simeone będzie grało bardzo ostrożnie i czyhało na kontry. Również ostrożnej gry spodziewam się mimo wszystko po gospodarzach, bo otwarty futbol przeciwko gościom z Madrytu, to byłoby samobójstwo. Suma-summarum...
Mój typ: under 2.5 @ 1.85 (10bet)
Rycerze jesieni - Levante Walencja, już od 7 spotkań nie zaznali smaku zwycięstwa. Na łamach primeradivision.info kilkakrotnie podkreślaliśmy, że piłkarzy Ignacio Martineza czeka dużo trudniejsza druga część sezonu, w której z pewnością stopniowo będą tracić zajmowaną na wyrost pozycję w czołówce ligi, nie mniej jednak nie oznacza to, że do końca roku Levante będzie regularnym dostarczycielem punktów dla rywali. Styczniowe niepowodzenia Granotas należy tłumaczyć plagą kontuzji i koniecznością godzenia rozgrywek Copa del Rey z meczami ligowymi, co przy wąskiej i zaawansowanej wiekowo kadrze Levante łatwym zadaniem nie było. Z tygodnia na tydzień sytuacja kadrowa Levante jednak ulegała poprawie (właśnie do zdrowia wrócił mediapunta Jose Barkero, którego wyraźnie brakowało w poprzednich meczach), a i gra wydaje się już dużo lepsza niż 2-3 tygodnie temu. W poprzedniej kolejce Levante jak na skazanie jechało na Bernabeu, a kto wie jakby potoczyły się losy tego meczu, gdyby tuż przed przerwą w niegroźnej sytuacji wykorzystanego przez Ronaldo karnego nie sprokurował Iborra, który zresztą za zagranie ręką otrzymał drugą żółta i w konsekwencji czerwoną kartkę, osłabiając swój zespół. Do tego momentu Levante sensacyjnie prowadziło w Madrycie i choć chwilami broniło się desperacko, to jednak Real nijak nie potrafił przełamać obrony gości. Wspomniany błąd Iborry totalnie odmienił losy meczu, który Los Blancos ostatecznie wygrali w stosunku 4-2, ale też po pierwsze primo myślę, że nikt w Levante nie marzył o punktach w stolicy, a po drugie goście nawet grając w 10-tkę prezentowali się korzystnie na tyle, na ile to było możliwe. W weekend, choć rywal również z Madrytu, to jednak powinno być dużo łatwiej. Oprócz wspomnianego Barkero, po pauzie kartkowej do pierwszej 11-stki wróci Xavi Torres. Nadal poza grą znajduje się Juanlu (MID, 14/6), a przymusowy odpoczynek czego w weekend Iborrę (MID, 19/0).
Skazywane na walkę o utrzymanie Rayo po cichutku, po cichutko ciuła ligowe punkty i obecnie znajduje się na dość bezpiecznej pozycji w środku tabeli. Matematycznie do utrzymanie drużyna z Vallecano powinna jeszcze wygrać 5 spotkań do końca sezonu, co wydaje się bardzo prawdopodobne. Tym bardziej, że ekipa z okolic Madrytu na prawdę gra bardzo przyzwoity futbol, przede wszystkim nakierowany na ofensywę i co za tym idzie - atrakcyjny dla oka. Bez względu na to z kim beniaminek mierzy się w danej kolejce, myśl taktyczna jest zawsze taka sama: najlepszą obroną jest atak. W wielu przypadkach przynosił i przynosi to efekty, ale niekoniecznie na Estadio Ciudad de Valencia. Levante uwielbia czaić się na własnej połowie i oczekiwać na błąd rywala, by później przeprowadzać zabójcze kontry, tak więc otwarty styl Rayo, to tylko woda na młyn dla gospodarzy. Istotnym argumentem przemawiającym na korzyść Levante jest również fakt, że goście w niedziele będą musieli radzić sobie bez swoich 3-ech asów: Michu (FOR, 21/10), Arribasa (DEF, 19/1) i Casado (DEF, 19/0). Kontuzjowany jest również podstawowy do niedawna bramkarz beniaminka: Dani Jimenez (GK, 11/0). Do zdrowia wracają co prawda Tamudo i Trashorras, ale ostatnio praktycznie nie trenowali, dlatego trudno powiedzieć w jakiej będą formie fizycznej.
Rayo, to ekipa której nie można lekceważyć. Levante jednak przewyższa swojego rywala doświadczeniem i dojrzałością. Wierzę, że tym razem widoczny progres w grze Levante przełoży się na 3 punkty. Na jesieni niedzielni gospodarze wygrali w Vallecano w stosunku 2-1. W XXI wieku obie drużyny mierzyły się kilkakrotnie jeszcze na poziomie Segunda Division i Levante za każdym razem wygrywało u siebie (zresztą Rayo nie potrafiło jeszcze w tym stuleciu ograć swojego najbliższego rywala). To wszystko sprawia, że kurs na wygraną gospodarzy w niedzielę, wygląda smakowicie i zamierzam na nim skorzystać.
Mój typ: Levante @ 2.35 (Expekt)
Barcelona wczoraj sensacyjnie przegrała w Pampelunie z Osasuną (2-3) i właśnie przez pryzmat tego wyniku należy spojrzeć na dzisiejsze spotkanie Realu z Levante. Jeśli Królewscy wygrają, to ich przewaga nad odwiecznym rywalem wzrośnie do 10 punktów, co przy obecnej formie i jednych i drugich wydaje się stratą już nie do odrobienia. Z drugiej strony po wczorajszym meczu Dumy Katalonii w Madrycie już zaczęły strzelać szampany. Rozprężenie i nadmierna pewność siebie w sporcie może być bardzo zgubna. Oczywiście atut własnego stadionu, zdecydowanie lepsza forma i druzgocąca przewaga potencjału kadrowego - to wszystko sprawia, że każdy inny wynik niż pewna wygrana Realu jest mało możliwy, ale czy ktoś przewidywał, że na jesieni to samo biedne, stare Levante ogra wielki Real u siebie (1-0)? Wtedy też Los Blancos jechali w okolice Walencji jak po swoje, a wrócili z niczym. Co więcej: tamten wynik, to nie był przypadek. Ignacio Martinez wraz ze swoimi podopiecznymi mieli receptę na każde zagranie rywala z Madrytu, który był po prostu bezsilny. Kilkakrotnie Królewskich z opresji musiał ratować sam Casillas, tak więc generalnie mówiąc, to było w pełni zasłużone zwycięstwo 4-tej obecnie drużyny La Liga. Oczywiście należy wziąć poprawkę na to, że Levante w tamtym okresie znajdowało się w życiowej formie, z której obecnie niewiele co zostało, ale śmiem twierdzić, że jeśli dzisiejsi goście zagrają z równie wielkim zaangażowaniem i konsekwencją w obronie, to mogą napsuć krwi liderowi La Liga, tym bardziej z szybkimi i groźnymi w kontrach Kone i Suarezem, którzy ostatnio znajdują się w wybornej formie. U gości zabraknie standardowo Juanlu (MID, 14/6) i Barkero (MID, 17/3). Za kartki pauzuje Xavi Torres (MID, 20/1). Mourinho w dzisiejszym starciu nie skorzysta natomiast z usług takich graczy, jak: Altintop (DEF, 4/1), Lass (MID, 15/0), Marcelo (DEF, 18/3), Di Maria (MID, 14/4).
Cały piłkarski świat przewiduje dzisiaj miażdżące zwycięstwo Realu i niejako początek mistrzowskiej fiesty. Nie takie cuda już w sporcie widziałem. Piwo, orzeszki, TV i...Amunt Levante (jako kibic Barcelony) oraz NO BET (jako typer).
|
|